NIE UCZYMY SIĘ NA WŁASNYCH BŁEDACH

Wybory samorządowe już dawno za nami. Nie przeszliśmy absolutnie niezbędnej merytorycznej debaty pozwalającej wyciągnąć wnioski z tego, co się stało.


Polskie życie polityczne toczy się wartko i wygląda na to, że zaczynamy funkcjonować już w innych realiach. Nie jest już czas na debatowanie o przeszłości, skoro wchodzimy w etap następny.
Widać to wyraźnie po poczynaniach naszego głównego przeciwnika, który już usiłuje ogniskować debatę publiczną wokół układania list, przedstawia swoich kandydatów i to nimi zajmują się lokalne media, przyczyniając im niezbędnej wyborczo rozpoznawalności i popularności.


W polityce zdarza się popełniać błędy. Najgorzej jednak błędy powtarzać i w ogóle się na nich nie uczyć. Oczywiście, nauka na własnych błędach to przede wszystkim krytyczna refleksja, a ta napotkała nieprzezwyciężalne przeszkody. PO przed wyborami prezydenckimi użyła może mało wyrafinowanej, ale jak się okazało skutecznej metody. Nie do końca przekonujący co do swej realności politycznej spektakl prawyborów wewnętrznych całymi tygodniami przykuwał zainteresowanie wyborców. Bardzo wczesne ogłaszanie pierwszych piątek na listach obecnie, ma na celu niewątpliwie dokładnie to samo. Można się załamać widząc, że znowu jesteśmy wobec tego bezradni.


Rzecz ma też aspekt jak najbardziej merytoryczny, a nie tylko marketingowy. Pisałem wcześniej, że moim zdaniem układanie list samorządowych odbyło się według zupełnie fatalnych reguł wycinania w ostatniej chwil ludzi rozpoznawalnych /choć o efektach ich pracy można zasadnie dyskutować/ i premiowaniu twarzy całkiem nieznanych. Jeżeli ma to być powtórzone obecnie, można się spodziewać wszystkiego łącznie z tym, że w ostatniej chwili okaże się, iż nasze listy w regionie otwierają osoby nigdy wcześniej z Podkarpaciem nie kojarzone.